Dupoki z rodziny dim sum

Znów odwiedziliśmy nasz jedzeniowy zakątek w Ulu Pandan tym razem nie daliśmy się wykazać restauracji: japońskiej, koreańskiej, amerykańskiej i pizzeriom, tylko usiedliśmy w food court- cie i każdy z nas zjadł to co lubi najbardziej.

środa, 10 lipca 2013

O pewnym postanowieniu

  • Powiedz mi czemu wy ze swoim lękiem wysokości pchaliście się do tych wagoników? - zapytała polska koleżanka gdy dzieliśmy się wrażeniami z Tajwanu
  • Sami nie wiemy - odpowiedzieliśmy
Tak naprawdę kierowała nami ciekawość i chęć walki z własnymi słabościami. W najgorszym przypadku wiedzieliśmy, że jak zbyt mocno najemy się strachu to opuścimy Maokong Gondolę na pierwszej stacji. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że tajwańska kolejka górska weźmie nas z zaskoczenia i pierwszy przystanek okaże się przystankiem techniczny na samym szczycie góry, a my nie będziemy mogli opuścić tych piekielnych wagoników.


Gdy przejechaliśmy pół trasy i mogliśmy wysiąść udało nam się oswoić strach, więc postanowiliśmy dojechać do końca.
Trud podróży wynagrodziły nam piękne widoki, świeże górskie powietrze i podglądanie życia na plantacji herbaty. Gdy ochłonęliśmy i z radością odkryliśmy, że do zoo można wrócić autobusem nasz dzieciak przypomniał, że kupiliśmy bilety w obie strony i autobusem to możemy wracać, ale bez niego.










W kurzej głowie natychmiast pojawiły się katastroficzne wizje, a Żywiciel spoglądając na dzieciaka powiedział:
  • Jedziemy wszyscy razem, ale wysiadamy przy świątyni, którą widzieliśmy po drodze. I do końca dnia żadnego marudzenia. 
  • Tak jest - odpowiedział dzieciak i słowa dotrzymał































Chih Nan Temple to słaba atrakcja dla nastolatka, ale nasz dzieciak wyjątkowo nie marudził. Nie złamały go nawet dwie chińskie seniorki, które cmokały na widok blond czupryny, wizyta w ogromnym ogrodzie zoologicznym, dziura w ulubionych spodniach i spotkany przypadkowo niemiecki kolega Żywiciela.









Mimo szeroko zakrojonych prowokacji nie udało się wkurzyć dzieciaka, który za szczególną atrakcję owego dnia uznał pandy i misie koala, które rezydowały w tajpejskim zoo. Kura kierując się osobistą sympatią do zeszłorocznej nauczycielki Przychówka chciała kupić zakładkę do książki z wizerunkiem "tajwańskiego pingwna", ale nie mogła się  dogadać się panią w sklepiku, bo gdy prosiła o zakładkę z pingwinem dostawała zeszyt z pelikanem, lub długopis z foką. Ostatecznie Kurza familia opuściła zoo z czapką, dziesięcioma zakładkami z pandą i postanowieniem, że trzeba nauczyć się mówić po chińsku. Skoro udało się pokonać lęk i przejechać kolejką nad górami to może kiedyś  uda się pogadać z Chińczykiem w jego języku.

2 komentarze:

wiesz to dla mnie tak odległe i prawie jak bajka, ale chciałabym zobaczyć te plantacje herbaty i poczuć aromat ziela herbacianego
pozdrawiam Odważną Kurzą Rodzinkę :-)

trochę mam zaległych wpisów -wiadomo wakacje - zaczęłam od najnowszej waszej wyprawy i już leżę ze śmiechu i reaguję empatycznie - lęk wysokości jest mi znany. Trochę pomogła mi ostatnio rada mojego syna: "zamknij jedno oko mamo!"

Prześlij komentarz