Dupoki z rodziny dim sum

Znów odwiedziliśmy nasz jedzeniowy zakątek w Ulu Pandan tym razem nie daliśmy się wykazać restauracji: japońskiej, koreańskiej, amerykańskiej i pizzeriom, tylko usiedliśmy w food court- cie i każdy z nas zjadł to co lubi najbardziej.

poniedziałek, 11 lutego 2013

Za singapurską miedzą

Kurza familia zapominając o dawnej niechęci do przekraczania granicy drogą lądową postanowiła wybrać się na małą wycieczkę do sąsiadów. Mądrzejsi o doświadczenie zrezygnowaliśmy z autobusu i zignorowaliśmy przejście dla pieszych. Do Johor Bahru zwanego pieszczotliwie JB postanowiliśmy podróżować po singapursku czyli taksówką.

  • I serio mówisz, że taksówką będzie niewiele drożej niż autobusem turystycznym? - nie dowierzała Kura 
  • Moi koledzy z pracy już tak podróżowali - powiedział Żywiciel, a potem mailowo omawiał szczegóły
Kura zaufała mężowi zapakowała walizeczkę, wsadziła swój tyłek do jakiegoś samochodu i pojechała na najbardziej oryginalną wycieczkę w historii rodziny.


Bardzo szybko okazało się, że malezyjska firma na hasło: "taksówka" łapie przyzwyczajonych do luksusu Singapurczyków. To co miało być taksówką było prywatnym samochodem osobowym, który wozi ludzi omijając singapurskie podatki i licencje dla kierowców.

  • Chińczyk pewnie nigdy by na to nie wpadł, a Malaj pokombinował i dobrze sobie żyje - pomyślała Kura patrząc na wnętrze toyoty w której podróżowała 
Pan kierowca niby taksówki nie jest jedynym człowiekiem, który żyje w Malezji, a zarabia w Singapurze. Codziennie kilka tysięcy ludzi przekracza granicę by pracować na singapurski sukces a potem cieszyć się z wypłaty. Codziennie Chińczycy mieszkający w Malezji budzą swoje dzieci w środku nocy, a potem transportują je przez granicę by dać im szansę na dobrą edukację.

Teraz już nikt nie pamięta kto był tym pierwszym odważnym, który zdecydował się codziennie pokonywać graniczny, liczący prawie 2km most Laluan Kedua (Druga Droga). Teraz wiadomo, że  przejście graniczne gotowe do obsługi 200 000 aut dziennie, uznane kilka lat temu za najnowocześniejsze przejście graniczne na świecie już teraz jest za małe.

Na powiększenie lub budowę drugiego nie ma co liczyć, bo Wielki Brat drogę łączącą z Malezją  traktuje jak dziurę przez którą uciekają mu dolary. Wszystko przez singapurczyków, którzy zamiast trwonić pieniądze w rodzinnym kraju wymieniają dolary na ringgity i szaleją tuż za miedzą.



My też chcieliśmy zaszaleć, ale nie bardzo było gdzie. Najciekawszym obiektem jaki udało nam się zobaczyć był automat do napełniania butelek wodą. W tej cudownej maszynie za drobną opłatą można napełnić wodą butelkę, butle lub baniak. Urządzenie wydało nam się ciekawe, bo automat podłączony był do zwykłego hydrantu czyli miał wodę pochodząca z miejskiego wodociągu.



Znudzeni brakiem rozrywek i tak trafiliśmy do centrum handlowego. Już przestaliśmy się dziwić miłości Singapurczyków do Johor Bahur.  Tuż za singapurską miedzą jest bajecznie tanio.  Za kilka koszulek i dwie pary spodni dla Przychówka zapłaciliśmy mniej niż za jedną bluzkę w Singapurze. 
Nawet wielkie zółte M jest dużo tańsze i ma bułę z czterema kotletami. Kura która mimo diety skusiła się na niezdrową bułę ma nadzieję, że mięso na kotlety nie pochodziło od szczurów, które biegały sobie po ulicach, a przynajmniej nie od tego który przebiegł tuż przy jej po nodze na  lokalnym bazarze.

2 komentarze:

może to chęc łamania prawa i tanie rzeczy tak cieszą skośnookich?

Anno, a może wysokie podatki i ogólny zamordyzm dla małych przedsiębiorców tam mają, jak w Polsce? u nas nie opłaca się prowadzic działalnosci gospodarczej, jesli nie jest się zagranicznym kapitałem, może tam też tak mają?
niestety, często państwo zmusza albo do niec nie robienia, albo do omijania podatków. w Polsce właśnie tak mamy.

Prześlij komentarz