Dupoki z rodziny dim sum

Znów odwiedziliśmy nasz jedzeniowy zakątek w Ulu Pandan tym razem nie daliśmy się wykazać restauracji: japońskiej, koreańskiej, amerykańskiej i pizzeriom, tylko usiedliśmy w food court- cie i każdy z nas zjadł to co lubi najbardziej.

środa, 24 sierpnia 2011

Racial Harmony Day

Pewnego wtorku  Przychówek powiedział, ze w czwartek w szkole obchodzący będzie Racial Harmony Day czyli dzień harmonii rasowej. W Singapurze nie zawsze było tak różowo jak dziś. W 1964 roku doszło do zamieszek na tle rasowym... ogromną pracę włożono by wszyscy żyli w zgodzie i nie było segregacji rasowej.
Na pewno nie było łatwo: ludzie są różni, co innego jedzą, inaczej spędzają czas wolny, chodzą do różnych kościołów, a jednak żyją obok siebie i mają dzieci w tych samych szkołach. Rządowy program przewiduje zajęcia informujące o świętach i obyczajach w różnych kulturach, a nauczyciele są bardzo wyczuleni na przejawy segregacji rasowej.
W Racial Harmony Day można przyjść do szkoły nie w mundurku, ale w stroju narodowym niekoniecznie własnego kraju. Nie wiedzieliśmy o tym święcie, więc nie byliśmy więc przygotowani. Trudno byłoby zabrać polski strój narodowy w postaci żupana i kontusza - nikt w Polsce tego teraz nie szyje. Moglibyśmy udawać, że strojem narodowym jest jeden ze stroi regionalnych : góralski, łowicki, czy mazowiecki, gdybyśmy go mieli w Singapurze.

Ostatecznie Przychówek zdecydował, że wystąpi w stroju hinduskim, który kupiliśmy jakiś czas temu. Niestety po przymierzeniu okazało się, że strój jest za mały i dzieciak się w niego wbić nie da rady.
W Holland Village zakupiliśmy chińskie ubranko ostatni rozmiar z kategorii dziecięcej
(o ile  ubranie na 150 cm jest jeszcze kategorią dziecięcą), by następnego dnia rano zobaczyć połowę dzieciaków ubranych po chińsku - nie tylko chińczyków. Chińskie ubrania były w wielu kolorach i fasonach i wszystkie wyglądały ładnie.

Pani R, która jest hinduską, w chińskiej bluzce wyglądała pięknie. Malajska koleżanka Kury w chińskim cheongsam też, Kura która ma zawsze aparat w gotowości, tym razem nie zrobiła żadnego zdjęcia. Stała i podziwiała stroje: malajskie, chińskie, filipińskie, koreańskie, "indiańskie", japońskie. Widziała też chłopca, który miał do ubrania doczepionego pluszowego konia, niestety Kura nie wie z jakiego był kraju. 



  • Wiesz mama - powiedział Przychówek
  • Skoro nie można kupić tu naszego stroju w przyszłym roku chcę mieć malajskie ubranie.
  • Dobrze - powiedziała Kura, która już knuła jak zaciągnąć Żywiciela do Little India.

Oczami wyobraźni widziała siebie w "indiańskiej" tunice, a może nawet sari.

1 komentarze:

Mongolia może? Chyba tylko z tym państwem kojarzy mi się koń. Ewentualnie z Tatarami.

Może zamiast kupować można go uszyć? ;-)

Prześlij komentarz